Parentyfikacja, czyli dziecko w roli dorosłego

2024-02-18

Autor: Jacek Wolszczak

Widząc dziecko lub nastolatka, którego mama chwali za samodzielność i zaradność możemy tylko przyklasnąć, zazdroszcząc jednocześnie, że nasz syn lub córka tacy nie są. Bo przecież nie umieją zrobić sobie obiadu, załatwić spraw w urzędzie, nie czujemy od nich wsparcia, dobrego słowa, gdy informujemy ich, że straciliśmy pracę lub że nasza koleżanka to tak naprawdę strasznie wredna zołza. Niestety, nasze dziecko – w przeciwieństwie do syna koleżanki - nie przychodzi nas pocieszać, gdy zwierzamy się mu ze swoich kłopotów, ba, nie chce słuchać, gdy narzekamy na naszą relację z mężem/żoną, pytając, co w tej sytuacji mamy zrobić.

Jeśli Wasz syn lub córka nie chce słuchać o Waszych kłopotach, nie pociesza, nie „przeżywa” razem z Wami chcąc doradzać w „dorosłych” sprawach to może oznaczać, że nie doświadcza parentyfikacji.

Parentyfikacja. Co to takiego?

To forma przemocy emocjonalnej (często bardzo subtelnej, mało widocznej dla obserwatorów), w której dziecko wchodzi w rolę dorosłego. Chociaż bardziej pasuje tu zwrot: jest zapraszane przez swojego rodzica do pełnienia roli dorosłego. Dziecko/nastolatek sam z siebie nigdy nie wejdzie w buty osoby dorosłej, bo jest… dzieckiem/nastolatkiem. Koniec, kropka.

Dziecko, którego dotyka parentyfikacja ma poczucie bycia odpowiedzialnym za rodzica/dorosłego. Za wszelkie „dorosłe” sprawy, z którymi rodzic sobie nie radzi. Nastolatek – zamiast tworzyć relacje z rówieśnikami, realizując swoje naturalne potrzeby skupia się na potrzebach rodziców lub opiekunów. „Troszczy się” o nich wiedząc, że taka postawa jest ze wszech miar pożyteczna, często nagradzana: chwaleniem za „wspaniałą, czułą, empatyczną” postawę, prawieniem przez rodzica komplementów (również w obecności innych). Dziecko parentyfikowane zawsze może liczyć na docenienie podążania za potrzebami rodzica, za poświęcenie swojego czasu i uwagi na problemy inne, niż swoje (czytaj: rodzica/rodziców).

Dziecko to dziecko, a nie dorosły.

Wyobraźcie sobie sytuację, w której macie problemy (np. w związku, w pracy, w relacjach). Kogo będziecie prosić o chwilę rozmowy? Jeśli jesteście osobą dojrzałą wybierzecie osobę dorosłą, która może w sobie to pomieścić, która być może wcześniej przeżywała podobną sytuację i która – właśnie dzięki temu, co przeżyła – będzie w stanie, jeśli nie pomóc, to wysłuchać i zrozumieć Wasze rozterki i przy Was być.

Dziecko nie ma za sobą takich doświadczeń, bo… nie może mieć. Dziecko/nastolatek nie ma wypracowanych, dojrzałych mechanizmów, które pozwalają choćby zrozumieć, co tak naprawdę Was boli, doskwiera czy stanowi wyzwanie. Jako osoby dojrzałe macie możliwość samodzielnego przeżywania trudności. To jest Wasze zadanie do przerobienia, a nie chłopca lub dziewczynki i to niezależnie od wieku. To tak, jak byście chcieli przelać 100 litrów cieczy w butelkę po soczku. To tak, jak byście chcieli zmieścić milion złotych do portfela (milion to dziesięć tysięcy banknotów o nominale 100 zł spakowanych przez Narodowy Bank Polski w 100 paczek po 100 sztuk każda. Zatem waga tak zapakowanego miliona złotych to – 9,3 kg). Owszem, można spróbować z własnym portfelem, ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy.

Parentyfikacja to blokowanie potrzeb rozwojowych dziecka i nastolatka.

Dziecko to nie jest mały dorosły, ktoś pełnoletni w miniaturze. Dziecko to dziecko i nic tego nie zmieni. Dziecko to również młoda osoba, która ma swoje zadania rozwojowe i potrzeby, które – jako Rodzice – wypełniacie. Owszem, podstawową potrzebą dziecka (i nie tylko dziecka) jest np. potrzeba jedzenia. Ale to jedna z bardzo wielu potrzeb, które powinny być zaspokojone. Tu i teraz.

Potrzeba, której nie spełniają rodzice parentyfikujący dzieci to np. potrzeba autonomii. Dlatego właśnie uznaje się, że parentyfikacja nie tylko wikła dziecko lub nastolatków w sytuacje, które nie powinny ich obchodzić (i na początku tego procesu nie obchodzą), ale to również gwałt na psychice, bo kształtuje przekonanie, że to mój rodzic i jego potrzeby muszę zaspokajać w pierwszej kolejności. Gdy pomyślę o swoich, dostaję reprymendę, jestem karany ciszą lub widzę grymas niezadowolenia. W momencie odmowy pomocy usłyszę pewne charakterystyczne zdania, np.

- Ty mały egoisto. Myślisz tylko o sobie.
- Acha, czyli nie obchodzi cię własna matka.
- Jak cię wychowałem, niewdzięczniku!

Te słowa również wikłają. Wrzucają w poczucie winy, manipulują, wciągają w wir wątpliwości na temat tego, czy jestem wystarczająco dobrym synem, wystarczająco dobrą córką. Dziecko zaczyna się zastanawiać, kto ma rację. Jeśli rodzic wzmacnia swój komunikat płaczem, szlochem lub obraża się, karze ciszą, wszelkie wątpliwości znikają i mama lub tata „odzyskuje” córkę/syna dla siebie i swoich potrzeb.

Oczywiście, rodzice odpowiednio wzmacniają i nagradzają taki „powrót” do roli przeznaczonej dla… dorosłego (sic!). Tym razem komunikaty to pochlebstwa, np.

- Wiedziałem, że zrozumiesz.
- Widzę, że jesteś już dorosła.
- No, wspaniałą mam córkę/wspaniałego syna.
- Moje poświęcenie nie poszło na marne.

Nie ta rola, nie ten wiek.

Dziecko to dziecko, a nie „pocieszyciel”, ktoś, kto wyręcza dorosłych w ich zadaniach. Dziecko nie jest w stanie zrozumieć pewnych zależności, zresztą ma potrzebę samodzielnego odkrywania świata, a więc odpowiedź na pytanie, czy to dobry pomysł, abyśmy z tatą/z mamą się rozstali jest ponad jego możliwości. To je przerasta. Owszem, nie chcąc rozczarować rodzica nastolatek „zajmie stanowisko”, ale nie będzie to jego głos, a raczej objaw lęku o relację. Bo zacznie się zastanawiać, co będzie „odpowiednie” (czytaj: chwalone) dla rodzica. To nie będzie odpowiedź dojrzałego człowieka, a dziecka/ nastolatka, który sam bardzo wielu rzeczy nie rozumie, który sam mierzy się z wyzwaniami własnego środowiska (m.in. rówieśnika). Potrzeby rodziców to potrzeby rodziców. Dziecko nie może być wikłane w rolę, której nie jest w stanie unieść.

Ten sam proces jest widoczny, gdy rodzic wymusza czułość, przytulenie czy dotyk. Przecież dojrzały mężczyzna i kobieta od fizycznej bliskości ma partnera/partnerkę/męża/żonę. Często wymuszanie kontaktu związane jest z "brakami" w związku lub w sytuacji, w której tej drugiej, dorosłej połówki brakuje. Właśnie dlatego - z pomocą dziecka - reguluje sobie swoje trudne emocje.

Dziecko to nie jest „terapeuta” rodzica. Fakt, że słucha i „rozumie” czy przytula nie oznacza wcale, że dokładnie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Jeśli nawet podejmuje się tej roli, to dlatego, że często czuje powinność w stosunku do rodzica. Ba, często bardzo dobrze wyczuwa, co mama lub tata chcą usłyszeć, przeżyć lub zobaczyć i idzie swoimi „poradami” w tę stronę. Nie ma to nic wspólnego z byciem dziecięcym ekspertem w temacie.

Korzyści dla rodzica.

Co dostaje rodzic w procesie parentyfikacji dziecka? To, czego mu brakuje. To, czego często przez swoją niedojrzałość, nie chce lub nie potrafi zapewnić sobie samodzielnie, uciekając z roli rodzica w rolę kogoś, kim trzeba się zaopiekować, a więc m.in.:.

  • Uwagę i zainteresowanie,
  • „Zrozumienie”,
  • „Akceptację”,
  • Współczucie,
  • Czułość, bliskość fizyczną,
  • „Pewność”, że moje – Rodzica – decyzje są dobre i potrzebne,
  • Pozytywną zmianę samopoczucia,
  • Poczucie bycia wysłuchanym.

Konsekwencje dla dziecka.

Gdy dziecko wkracza w rolę dorosłego, z dużą dozą prawdopodobieństwa, razem z nim będzie rosło jego przekonanie, że to inni są ważni, że to innym należy się uwaga. Będzie spychać swoje potrzeby na dalszy plan, często nie akceptując ich i uznając, że nie ma do tego prawa. Może wierzyć w to, że jest niewystarczająco dobre i mieć wyrzuty sumienia, jeśli nie spełni określonej prośby lub życzenia.

Każdy z nas, gdy był dzieckiem uczył się, jak radzić sobie ze stresem, uczył się swoich emocji: ich zauważania, nazywania, przeżywania w akceptowany społecznie sposób. Regulacja własnych emocji to wyłączna odpowiedzialność rodzica, a nie jego dziecka, ponieważ dorosły  jest już (teoretycznie) ukształtowaną jednostką, która ma odpowiednie instrumenty, by radzić sobie w sytuacjach trudnych. Dziecko dopiero tego wszystkiego się uczy…

Gdy nachodzą nas obawy, że jesteśmy rodzicem, który parentyfikuje swoje dzieci, warto udać się do specjalisty (psychologa/psychoterapeuty). Może będzie potrzebne głębsze spojrzenie w siebie? Zmierzenie się z demonami przeszłości? Z faktem, że z jakichś przyczyn sprawiam, że dziecko „wyręcza” mnie w dorosłych zadaniach, a przecież samo potrzebuje wsparcia i rodzica, który nauczy go przeżywania i akceptacji dla emocji.

Zanim więc pogratulujemy koleżance „wspaniałego syna/córki” (co może być jedynie potwierdzeniem dla niej, że wszystko jest OK), zastanówmy się, czy nastolatek, o którym słyszymy, że jest „dojrzały, odpowiedzialny i doradza” jest rzeczywiście tym dzielnym, odważnym i zaradnym, o którym tak często z uśmiechem i uznaniem mówi jego rodzic.

Więcej o tym, jakie postawy w dorosłych relacjach przyjmują osoby parentyfikowane w dzieciństwie, przeczytacie w artykule:

"Pomogę ci", czyli o skutkach parentyfikacji".

Obraz autorstwa master1305 na Freepik

 

 

Jacek Wolszczak

Psycholog i pedagog. Pracuje z młodzieżą i dorosłymi.

Parentyfikacja, czyli dziecko w roli dorosłego
Ta strona korzysta z plików cookie. Korzystając z tej witryny, wyrażasz zgodę na naszą politykę prywatności.
Przeczytaj