O wspólnej drodze na szczyt, czyli historia pewnego listu

2024-07-14

Autor: Jacek Wolszczak

Przeczytałem tekst dr Gretchen Schmelzer, psycholożki zajmującej się zagadnieniami dotyczącymi traumy, autorki książki „Journey Through Trauma”. W 2016 roku na swoim blogu opublikowała artykuł pod tytułem „The Letter Your Teenager Can't Write You” (pol. „List, którego twój nastolatek nie może do ciebie napisać – tłumaczenie moje)”. Lekturę zacząłem od polskiego przekładu, który ukazał się na facebookowym profilu łódzkiej Fundacji Dmuchawiec. Poniżej jego treść:

Mamo,
Ten konflikt, w którym się teraz znajdujemy, potrzebuję go. Potrzebuję tej walki. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ponieważ nie mam słów, aby to wyrazić, a to, co powiem i tak nie miałoby sensu. Ale potrzebuję tej walki. Desperacko.

Muszę cię teraz nienawidzić i musisz to przetrwać. Musisz przetrwać fakt, że cię nienawidzę, a ty mnie. Potrzebuję tego konfliktu, nawet jeśli go nienawidzę. Bez względu na to, o co się kłócimy: pora spania, praca domowa, brudne pranie, bałagan w pokoju, zostanie w domu, wyjście z domu, życie rodzinne, chłopak, dziewczyna, brak przyjaciół, złe towarzystwo. Nieważne. Muszę walczyć z tobą o te rzeczy i chcę, żebyś mi się przeciwstawiała.

Desperacko potrzebuję, żebyś trzymała drugi koniec liny. Trzymaj go mocno, a ja będę Cię atakować. Próbuję znaleźć wsparcie w tym nowym świecie, do którego czuję, że należę.

Kiedyś było dla mnie jasne kim jestem, kim ty jesteś, kim my jesteśmy. Ale teraz już nie wiem.
Obecnie szukam swoich granic i czasami mogę je znaleźć tylko przez naciskanie na ciebie i przesuwanie granic. Przekraczanie granic pozwala mi je odkryć. Czuję, że istnieję i przez chwilę mogę oddychać.

Wiem, że pamiętasz mnie jako słodkie dziecko. Wiem to, bo też tęsknię za tym dzieckiem i czasami ta nostalgia jest dla mnie najbardziej bolesna.

Potrzebuję tej walki i przekonać się, że bez względu na to, jak okropne lub przesadne są moje uczucia, to nie zniszczą ani ciebie, ani mnie. Chcę, żebyś mnie kochała nawet wtedy, gdy wylewam z siebie wszystko co złe, nawet gdy wydaje się, że cię nie kocham. Teraz potrzebuję, żebyś pokochała siebie i mnie, dla nas.

Wiem, że to do bani być nielubianym i być naznaczonym jako ten zły. Czuję to samo w środku, ale musisz to tolerować i uzyskać pomoc dla siebie od innych dorosłych. Bo ja nie mogę ci teraz pomóc. Jeśli chcesz spotkać się ze swoimi dorosłymi przyjaciółmi i utworzyć „grupę wsparcia, aby przetrwać wściekłość swojego nastolatka”, to dla mnie w porządku. Albo mówić o mnie za moimi plecami, nie obchodzi mnie to. Tylko mnie nie opuszczaj. Nie poddawaj się bez walki. Potrzebuję tego.

Ten konflikt nauczy mnie, że mój cień nie jest większy niż moje światło. Ten konflikt nauczy mnie, że negatywne uczucia nie oznaczają końca relacji. Ten konflikt nauczy mnie słuchać samego siebie, nawet jeśli może rozczarować innych.

I ten konkretny konflikt się skończy. Jak każda burza, ucichnie. I zapomnę o nim ja i Ty też. A potem wróci. I będzie potrzeba, żebyś znów złapała linę. Będę tego potrzebować przez lata.

Wiem, że w tej roli nie ma nic satysfakcjonującego. Wiem, że prawdopodobnie nigdy ci za to nie podziękuję, albo nigdy nie uznam roli, którą odegrałaś. Właściwie, za to wszystko prawdopodobnie będę cię krytykować. Może wydawać ci się, że nic co robisz, nigdy nie jest wystarczające. A jednak całkowicie polegam na Twojej zdolności do pozostania w tym konflikcie. Nieważne, jak bardzo się sprzeciwiam, nieważne jak bardzo się dąsam. Nieważne, jak bardzo zamknę się w ciszy.

Proszę, trzymaj drugi koniec liny. I wiedz, że wykonujesz najważniejszą pracę, jaką ktoś może dla mnie teraz wykonać.

Z miłością,
Twoje nastoletnie dziecko.

Przeczuwając pewne skróty myślowe lub nadmierne uproszczenie przekazu, sięgnąłem po treść, którą umieściła dr Schmelzer na swojej stronie internetowej. Poniżej przedstawiam angielski oryginał:

Dear Parent:

This is the letter that I wish I could write. 

This fight we are in right now. I need it. I need this fight. I can’t tell you this because I don’t have the language for it and it wouldn’t make sense anyway. But I need this fight. Badly. I need to hate you right now and I need you to survive it. I need you to survive my hating you and you hating me. I need this fight even though I hate it too. It doesn’t matter what this fight is even about: curfew, homework, laundry, my messy room, going out, staying in, leaving, not leaving, boyfriend, girlfriend, no friends, bad friends. It doesn’t matter. I need to fight you on it and I need you to fight me back.

I desperately need you to hold the other end of the rope. To hang on tightly while I thrash on the other end—while I find the handholds and footholds in this new world I feel like I am in. I used to know who I was, who you were, who we were. But right now I don’t. Right now I am looking for my edges and I can sometimes only find them when I am pulling on you. When I push everything I used to know to its edge. Then I feel like I exist and for a minute I can breathe. I know you long for the sweeter kid that I was. I know this because I long for that kid too, and some of that longing is what is so painful for me right now.

I need this fight and I need to see that no matter how bad or big my feelings are—they won’t destroy you or me. I need you to love me even at my worst, even when it looks like I don’t love you. I need you to love yourself and me for the both of us right now. I know it sucks to be disliked and labeled the bad guy. I feel the same way on the inside, but I need you to tolerate it and get other grownups to help you. Because I can’t right now. If you want to get all of your grown up friends together and have a ‘surviving-your-teenager-support-group-rage-fest’ that’s fine with me. Or talk about me behind my back--I don’t care. Just don’t give up on me. Don’t give up on this fight. I need it.

This is the fight that will teach me that my shadow is not bigger than my light. This is the fight that will teach me that bad feelings don’t mean the end of a relationship. This is the fight that will teach me how to listen to myself, even when it might disappoint others. 

And this particular fight will end. Like any storm, it will blow over. And I will forget and you will forget. And then it will come back. And I will need you to hang on to the rope again. I will need this over and over for years.

I know there is nothing inherently satisfying in this job for you. I know I will likely never thank you for it or even acknowledge your side of it. In fact I will probably criticize you for all this hard work. It will seem like nothing you do will be enough. And yet, I am relying entirely on your ability to stay in this fight. No matter how much I argue. No matter how much I sulk. No matter how silent I get.

Please hang on to the other end of the rope. And know that you are doing the most important job that anyone could possibly be doing for me right now.

Love, Your Teenager

Wobec różnic obu wersji postanowiłem go skomentować. Widzę bowiem pewne uproszczenia, niedokładności tłumaczenia, które w mojej opinii – zamiast wspierać rodziców – mogą ich wpędzać w poczucie winy, a także podtrzymują krzywdzące stereotypy dotyczące roli, jaką w wychowaniu dziecka pełni w Polsce matka.

To nie atak, a uzupełnienie.

Chcę z całą mocą podkreślić, że mój komentarz nie jest atakiem na fundację, ani próbą umniejszenia wagi tej publikacji. Uważam, że takie teksty powinny ukazywać się znacznie częściej w przestrzeni publicznej, bo wszystko zaczyna się od spokojnej rozmowy. Z uwzględnieniem różnicy zdań. Gdy dyskutujemy, możemy wypracować nowe rozwiązania, przyjrzeć się, jak inni widzą dane zagadnienie. 

Nie uzurpuję sobie również prawa do uznania, że moja prawda jest „najmojsza”. Jako psycholog zajmujący się na co dzień młodymi ludźmi i ich rodzicami mam nadzieję, że i mój głos ma szansę dać nowe światło na bardzo skomplikowany temat relacji rodziców z nastolatkami. 

Moje poruszenie i chęć reakcji są wynikiem kilkuset rozmów z mamami w gabinecie. Mamami, które chcą pracować nad poprawieniem komunikacji ze swoimi nastolatkami, które zastanawiają się, czy mogą jeszcze lepiej je wspierać w codzienności, która czasem skrzypi, skrzeczy, ale ważne dla nich jest porozumienie i chęć bycia przewodnikiem. Mamami, które często mierzą się – obok buntu – z myślami samobójczymi swoich dzieci, niechęcią do życia, depresją, fobią społeczną i innymi trudnościami natury psychicznej. Są dla mnie prawdziwymi bohaterkami, którym zależy…

List o potrzebie konfliktu.

Dr Gretchen Schmelzer napisała list z perspektywy dojrzewającego nastolatka. Opisuje w nim potrzebę budowania tożsamości przez nastolatka, jest to też zachęta, by rozumieć, że konflikt jest wpisany w okres dojrzewania, a rodzic jest od tego, by go przetrwać („Muszę cię teraz nienawidzić i musisz to przetrwać. Musisz przetrwać fakt, że cię nienawidzę, a ty mnie”). Jest też poetycka fraza o tym, by matka wspierała niezależnie od okoliczności („Desperacko potrzebuję, żebyś trzymała drugi koniec liny. Trzymaj go mocno, a ja będę Cię atakować. Próbuję znaleźć wsparcie w tym nowym świecie, do którego czuję, że należę”.

Co więc uwiera mnie w powyższym tekście niemieckiej psycholożki?

Nagłówek przerzuca odpowiedzialność.

Jest poważna różnica między oryginałem, a polską wersją. Po angielsku, jak byk stoi: Dear Parent…, czyli Drogi Rodzicu. Tymczasem po polsku adresat to „Mama”.

Hm… Jakże często w Polsce to z mamy robi się główną odpowiedzialną za wszystko, co nie wychodzi: złe oceny, złe zachowanie, złe [można tutaj wrzucić wszystko]. Bywa tak (nie jest to przypadek odosobniony), że wiele trudności, problemów i wyzwań bierze się z nieobecności lub braku zaangażowania drugiego rodzica. Nie ma możliwości, by mama/tata – w pojedynkę – zapełniła/ł wyrwę emocjonalną po drugim rodzicu. Z tym zagadnieniem zmagają się szczególnie osoby po rozstaniach.

Zmieniając adresata na pojedynczą osobę tekst, którego wydźwięk jest ze wszech miar pożyteczny, ważny i zachęcający do refleksji, przerzuca całą odpowiedzialność za trud dotrzymania kroku nastolatkowi z jego wszelkimi wątpliwościami wyłącznie na matkę, niejako usprawiedliwiając nieobecność ojca, bo przecież… matka jest ważniejsza (?)

„Muszę/musisz” zamiast wyrażenia potrzeby.

W polskiej wersji pada magiczne słówko „musisz” w stronę rodzica:

  • Muszę cię teraz nienawidzić i musisz to przetrwać. Musisz przetrwać fakt, że cię nienawidzę, a ty mnie.
  • Muszę walczyć z tobą o te rzeczy.
  • Musisz to tolerować.

Poczucie winy, wstydu i bycie niewystarczającą matką.

Jakże często w gabinecie słyszę od mam, że „powinny”, że „muszą”, że ktoś od nich tego „wymaga”. To słowa to tzw. imperatywy, które ustawiają je w pozycji osób bez wyjścia: mają spełniać określone wymagania, koniec, kropka. To wpędza je w poczucie winy i wyrzuty sumienia, bo przecież zawsze robią „za mało”, a powinny „więcej”.

Nagminne komentowanie, krytykowanie i oskarżanie bywa często nie tylko udziałem innych członków rodziny, ale też sąsiadki czy koleżanek z pracy. Mogę się tylko domyślać, jak czuje się mama dziecka, które sprawia jakieś trudności wychowawcze, słysząca zewsząd tego typu komentarze.

Wysoko zawieszona poprzeczka.

Gdy okazuje się, że coś nie wychodzi, pojawia się poczucie winy, bycie niewystarczającą, a społeczeństwo ustawia poprzeczkę dla mam tak wysoko, że nie mają nadziei, że kiedykolwiek jej dosięgną. Znika im jednocześnie z pola widzenia ich staranie o relację z młodym człowiekiem. Bo przecież, jeśli nie spełniam oczekiwań, to jestem złą matką. Ileż frustracji, poczucia beznadziei, niezrozumienia kryje się w każdej z nich. Chcąc wypełnić to, co narzucone przez oczekiwania zapominają o… własnych potrzebach. No, właśnie!

Potrzeby wg Jeffreya E. Younga.

W oryginalnym tekście to „musisz” jest „potrzebą”. Podstawowe potrzeby dorosłego i dziecka według Jeffreya E. Young’a, amerykańskiego psychologa, twórcy terapii Schematów to:

  • Bezpieczeństwo, czyli stabilność, dostępność fizyczna i emocjonalna obojga rodziców.
  • Kontakt z innymi (więź). Oprócz rodziców, ich troski, ciepła i miłości, ważne są dla nastolatka kontakty z rówieśnikami i innymi osobami, które pojawiają się w ich życiu.
  • Autonomia, czyli własna niezależność na miarę swojego wieku i możliwości. Zza rogu wychylają się dwie skrajności: nadopiekuńczość i niewystarczająca opieka. Tu właśnie mieści się dawanie przestrzeni do eksploracji, podejmowania pierwszych samodzielnych decyzji.
  • Poczucie własnej wartości. W tym punkcie mieści się tzw. miłość bezwarunkowa, czyli nie „za coś”, a ta przynależna każdemu młodemu człowiekowi. Miłość, na którą nie trzeba pracować ani w jakikolwiek sposób zasłużyć.
  • Autoekspresja – to wyrażanie siebie. Bez skrępowania. Wyrażanie tego, co myślę i czuję bez strachu o to, że usłyszę, np. by być „grzecznym” lub „nie płakać”.
  • Realne ograniczenia – to właśnie te mityczne granice. Wszyscy o nich trąbią, a mało kto wie, co to dokładnie oznacza. To również dojrzałość rodziców, bo żadna skrajność (samowola z jednej, zbyt sztywne zasady z drugiej strony) nie służą młodemu człowiekowi.

Przymus zamiast otwarcia na dyskusję.

„Musisz” w polskim tekście to przymus. Przecież, gdy sami słyszymy, że coś musimy rodzi się w nas bunt. Jeśli jednak uznamy – również słysząc odpowiedni komunikat – że niezgoda lub prośba naszego dziecka, to właśnie, w tej chwili, wyraz jakiejś jego potrzeby chyba coś się w nas zmienia, prawda? Dokładnie to samo działa w drugą stronę. Inaczej, jako rodzice zareagujemy na:

- Musisz mi dać 5 dych, bo idę z kumplami na pizzę…

niż na:

- Mamo, potrzebuję tych 50 zł. Idziemy z kumplami na pizzę.

„Muszę” usztywnia. „Muszę” zamyka.

„Potrzebuję” zaprasza do rozmowy. „Potrzebuję” otwiera.

Często nastolatek musi walczyć o swoje. Jednak od tego ma rodziców, by do rozwiązania dojść wspólnie, ucząc się przy okazji, co to znaczy „ustępstwa” i „kompromis”. Zamiast muszę i powinnam/powinienem warto zamienić sobie te dwa słowa na „chcę” i „mogę”, ale to temat na zupełnie inny artykuł.

W angielskiej wersji jest „I need…”, gdy użyjemy „potrzebuję” zamiast „muszę” tekst nabiera zupełnie innego znaczenia. Nie jest już wymaganiem bez możliwości dyskusji (ma być tak, jak ja chcę – musisz to zrobić), a zaprasza do refleksji na temat rodzicielstwa (zależy mi na czymś, potrzebuję tego):

Potrzebuję tej walki, mimo że też jej nienawidzę.
Potrzebuję walczyć i twojej walki ze mną.
Potrzebuję cię teraz nienawidzić i potrzebuję, żebyś to przetrwał. Potrzebuję cię, by przetrwać moją nienawiść do ciebie i twoją do mnie.

(tłumaczenie - JW).

Lina.

Moim zdaniem, w Polsce, słowo lina nie kojarzy się pozytywnie. Pierwsze skojarzenie? Czy tak, jak u mnie przychodzi Wam, Drodzy Rodzice, na myśl przeciąganie liny? Czyli ciągła walka o to, kto ma racje, ściganie się, konfrontacja, jakiś rodzaj rozwiązania siłowego, udowadnianie, kto ma rację…

W polskim tekście padają zdania:

Desperacko potrzebuję, żebyś trzymała drugi koniec liny. Trzymaj go mocno, a ja będę Cię atakować. Próbuję znaleźć wsparcie w tym nowym świecie, do którego czuję, że należę.

Tymczasem nie wybrzmiewa tak mocno jak powinno, że psycholożce chodzi o linę bezpieczeństwa używaną we wspinaczce:

Desperacko potrzebuję, abyście trzymali drugi koniec liny. Abyście trzymali się mocno, podczas gdy ja będę się miotać na drugim końcu – do momentu, gdy znajdę uchwyty i oparcie pod stopami w tym nowym świecie, w którym czuję, że jestem.

(tłumaczenie - JW).

Ważne jest również to „do momentu”, bo oznacza danie rodzicowi jakiegoś nieokreślonego czasu i uspokojenie go, że kiedyś się to skończy, że nie trzeba zagryzać zębów do końca życia.

Wspólna droga na szczyt.

Wspinaczka.. Och! Jaka piękna metafora rodzicielstwa! To nieustanna podróż, ta lina… poczucie bezpieczeństwa, poczucie bycia ważnym/ważną i świadomość bycia w tych wszystkich bitwach i zawirowaniach razem z rodzicem, a nie samotnie krocząc na szczyt. Ale też przy zachowaniu niezbędnych środków bezpieczeństwa, danie możliwości nastolatkowi na wspaniałą przygodę bez komputera, bez elektroniki, bez zasięgu. Na wspólne odkrywanie siebie. Na wspólne przeżycie.

Reakcje na polską wersję.

Komentarze mam, które czytały polską wersję artykułu zdają się potwierdzać moje wątpliwości: jeśli nie przyjmuję kolejnych ciosów, jeśli nie jestem wciąż na posterunku i nie zagryzam zębów, jestem niewystarczającą mamą, czuję brak sił, frustrację, ale nadal muszę walczyć. Walka ta okupiona jest nadludzkim wysiłkiem, który przytłacza:

Byłam nieugięta.

Tak bardzo się wstydzę że nie potrafię (a może mi się wydaje) jej pomóc, czuję że ją zawodzę jako mama, ale jestem...zawsze i uwierzcie mi, staram się z całych sił. Walczę, ale ja, powoli od środka, rozsypuję się.

Pojawiają się również głosy mówiące o niezgodzie na takie traktowanie:

Nie godzę się aby być workiem treningowym na wypuszczenie emocji.... próbuje zrozumieć, wesprzeć ale są granice... granice szacunku.


Drodzy Rodzice,

Każda droga w górach kończy się mniejszym bądź większym szczytem. Jeszcze niejedna wspólna wędrówka przed Wami. Bunt jest wliczony w okres dorastania. Odgrywacie w nim niebagatelną rolę. Ważne jednak, by rozkładać siły. W górach nie biegniemy z wywalonym ozorem, a to, co pomaga w dotarciu do celu to równe tempo. I czas na odpoczynek, czasami dłuższy postój.
Dla nastolatka i dla Was.

Bądźcie wyrozumiali, gdy Wasze tempo jest inne i macie poczucie, że dziecko idzie zbyt wolno. Nie wyrywajcie do przodu. Zwolnijcie. Gdy Wasz nastolatek popędzi do przodu, możecie krzyknąć:

- Hej, zaczekaj na mnie. Nie mam siły.

Jeśli wytrwale pracujecie nad relacją, On/Ona poczeka. A przynajmniej zwolni kroku. Tylko od Was zależy ta odległość. Tylko Wy – jako osoby dorosłe – macie wpływ na to, co myślicie i jak reagujecie na to, co robi lub mówi Wasz nastolatek. Problemy mogą pojawić się w każdym momencie. Ważne, by Wasza reakcja była OK. Jaka jest? A jaka może być?

To droga, która warto przejść samodzielnie. By potem – wspólnie z Nią/Nim – pojawić się na szczycie.

Photo by Ezra Jeffrey-Comeau on Unsplash

 

 

Jacek Wolszczak

Psycholog i pedagog. Pracuje z młodzieżą i dorosłymi.

O wspólnej drodze na szczyt, czyli historia pewnego listu
Ta strona korzysta z plików cookie. Korzystając z tej witryny, wyrażasz zgodę na naszą politykę prywatności.
Przeczytaj