„Błąd to mój wróg”, czyli perfekcjonizm w pełnej krasie

2024-02-21

Autor: Jacek Wolszczak

Często czytam, że składnikiem szczęśliwego życia jest bycie „najlepszą wersją siebie”. Hasło dość modne, ale w wydźwięku raczej kojarzące się ze sportem, rywalizacją i wynikami, niż wsparciem i akceptacją dla siebie. Mające raczej konotacje z perfekcjonizmem, niż z zauważeniem, że bycie wystarczająco dobrym jest… wystarczające.

  • Czy każdy/każda z Was wie, czym jest ta „najlepszość”? Co owo słówko dla Was znaczy?
  • Co oznacza bycie „najlepszym” rodzicem?
  • Co oznacza bycie „najlepszym” uczniem/synem/córką?

No i czy rzeczywiście, czy człowieka – niezależnie od wieku – trzeba „naprawiać”, stwarzać inną jego „wersję”?

Pachnie mi to perfekcjonizmem, nieustanną gonitwą za tym, by być doskonałym. Niestety, nikt z nas nie może taki być, bo jesteśmy omylni, popełniamy większe lub mniejsze gafy, potykamy się, robimy często głupie rzeczy.

Za perfekcjonizmem stoją zbyt wygórowane, nierealistyczne standardy, które często dostajemy w spadku od… naszych rodziców.

Wygórowane, czyli nieadekwatne.

Nierealistyczne, czyli niemożliwe do spełnienia.

Znika więc z horyzontu tzw. radość życia, by ustąpić pola potrzebie kontroli (siebie i innych, w tym dzieci). Bycie niewystarczająco dobrym/dobrą napędza przekonanie, że wszystko nam się ułoży, ale tylko wtedy, gdy to sobie zaplanujemy (często zapłacimy). Nic bardziej mylnego. Nawet najlepszy pomysł może spalić na panewce, nawet najbardziej ambitne plany mogą się nie ziścić, bo tak naprawdę jest bardzo niewiele rzeczy, które możemy w naszym i naszych dzieci życiu przewidzieć.

Owszem, możemy być przekonanym, że nasze dziecko jest uzdolnione muzycznie i posłać go do szkoły, gdzie nauczy się grać na trąbce. Nie oznacza to jednak, że na pewno skończy jako wirtuoz w Filharmonii Narodowej.

Owszem, możemy być przekonanym, że nasz nastolatek jest świetny z matematyki i robić wszystko, by z powodzeniem startował w olimpiadzie wojewódzkiej… Ale, hola, hola? Czy ktoś zdążył zapytać nastolatka, czy w ogóle chce startować? Czy swoją przyszłość wiąże dokładnie z tym, o czym przekonani są jego/ jej rodzice?

Jako Rodzice, często musicie odpowiadać sobie na wciąż pojawiające się pytania:

  • Czy mój syn/córka nie zmarnuje potencjału?
  • Czy doceni nasze zaangażowanie w jego rozwój?
  • Czy to, co ja chcę jest także czymś, co pcha do przodu moje dziecko?

I to jest OK, lęk o przyszłość, która jest przecież niewiadomą, to coś bardzo naturalnego.

Dlatego warto na bieżąco pytać samego/samą siebie o to:

  • dlaczego tak chcemy zapewnić dziecku np. dodatkowe korki z matmy/ zajęcia dodatkowe?

Czy chodzi o lepsze oceny? Czy o lepszy rozwój? Szybsze opanowanie materiału? A może o nasz spokój?  Nasz komfort? Bo przecież robimy wszystko, by on/ona był lepszy, niż był kiedyś?

Warto pytać, warto sprawdzać u źródła. Nie ma nic bardziej rodzicielskiego, niż pytanie:

- Czujesz, że tego potrzebujesz?
- Wierzysz, że to Ci pomaga?
- Co mogę dla Ciebie zrobić?

Owszem, trzeba zadawać pytania, ale o wiele trudniejsze jest zaakceptowanie odpowiedzi:

- Nie, dzięki, jestem przemęczony.
- Mam dość, wypisz mnie z tych zajęć.
- Chcę mieć więcej czasu dla siebie.

Nie ma nic lepszego, niż możliwość zapewnienia naszym dzieciom tego, co najlepsze. Pod warunkiem, że dzieci tego chcą, zależy im na tym, na czym i nam zależy. Zachęta – OK. Przymus, chęć spełniania swoich marzeń – nie OK.

W komunikacji z nastolatkiem warto być jak klient w nowo otwartym markecie. Niby wiemy jak wygląda sól, cukier czy chleb, ale zbytnio nie wiemy, gdzie co jest. Chodzimy między regałami, szukając tego, co nam w danej chwili najbardziej potrzebne. Mylą promocje, bo wymuszają kupno rzeczy, które nie są nam potrzebne. Może tymi promocjami są nasze wymagania stawiane dziecku? Może właśnie w imię naszych wysokich standardów chcemy, żeby wszystko było na tip-top?

Urealniajcie swoje wymagania, dawajcie więcej przestrzeni na spontaniczność. Nie da się kontrolować wszystkiego. To, co trzeba robić to… być. Być i chodząc między regałami słuchać obsługi.

Za perfekcjonizm odpowiadają zarówno geny, jak i środowisko. W niniejszym artykule skupię się na tym z drugim.

Być może sami mieliście rodzica-perfekcjonistę, który był krytyczny wobec popełnianych przez Was błędów. Wszelkie odstępstwa od tego, jak – zdaniem Waszego taty lub Waszej mamy – coś powinno wyglądać było karane w najróżniejszy sposób. Kary (np. milczenie, obrażanie się, okazywanie niezadowolenia i dezaprobaty dla Waszych działań, jak również stosowanie przemocy) były na porządku dziennym. Każda Wasza wątpliwość, zadawane pytania były zbywane raniącymi i poniżającymi komentarzami:

- Jak można tego nie wiedzieć?
- Czy naprawdę muszę ci to tłumaczyć?
- Ty kompletnie nic nie rozumiesz!
- Ale z ciebie głupek. To nawet małpa by lepiej zrobiła!

Gdy stale otrzymywaliście takie komunikaty (również w obecności innych, ważnych dla Was osób) mogliście przyjąć za pewnik, że tylko coś doskonałego zasługuje na uwagę i uznanie ze strony rodzica. Wszystko inne jest bezwartościowe i bezużyteczne.

Przez takie, powtarzające się sytuacje, mogło się wykształcić w Was przekonanie, że tylko coś zrobione na 100% jest wyjątkowe i oczekiwane. I nie ma od tego odstępstwa. Z czasem przyjęliście za pewnik również to, że jeśli coś jest nie tak dobre, jak chcieliby Wasi rodzice, to jest do kitu. Mogliście również uznać raz na zawsze, że gdy popełnicie błąd nie zasługujecie na ich miłość, zainteresowanie, uwagę czy troskę, bo przecież ktoś, kto nie jest perfekcyjny, nie może wymagać od innych szacunku.

Stopniowo Wasza naturalna ciekawość, potrzeba eksploracji i odkrywania nowego, zastąpiona została potrzebą kontroli i przekonaniem, że możecie przewidzieć bieg zdarzeń, a to, czego nie możecie - jest zagrażające. Ocenę siebie jako człowieka zaczęliście uzależniać od tego, czy popełnicie błąd czy jednak zrobicie coś na tip-top i to bez żadnych wątpliwości po drodze, bo tylko człowiek nieomylny jest dobrym człowiekiem. Nie ma od tego żadnego wyjątku.
Z biegiem czasu uznaliście, że opinie innych osób to prawdy objawione i nie dyskutujecie z raniącymi komentarzami czy przytykami kierowanymi do Was przez najbliższych:

- Skoro tego nie wiem, to oznacza, że jestem głupi/głupia.
- Skoro nie radzę sobie z wychowywaniem syna/córki, to oznacza, że jestem beznadziejna.
- Skoro tego nie potrafię, to oznacza, że jestem śmieszny/śmieszna.

„Przenieśliście” to w dorosłe życie i w Wasze relacje z innymi ludźmi.

Właśnie z tego powodu możecie być bardzo krytyczni wobec siebie, a przez to trzymacie innych na dystans w obawie przed oceną, bo „coś” Wam mówi, że będzie kiepska. Słysząc pozytywne komentarze na swój temat umniejszacie je, twierdząc, że ktoś się nad Wami lituje albo mówi tak, żeby osiągnąć jakąś korzyść.

Jesteście nieufni. Często przypisujecie niecne intencje osobom, z którymi wchodzicie w interakcje uważając skrycie, że nie zasługujecie na przyjaźń lub choćby dobre słowo, jeśli nie pokażecie się z jak najlepszej strony.

 Wasze silne poczucie kontroli powoduje, że pracując w zespole czujecie się odpowiedzialni za najdrobniejszy szczegół projektu, wszystkie jego aspekty, choć odpowiadacie tylko za jakiś swój kawałek. Chcecie mieć we wszystkim pewność: w pracy, w związku i innych obszarach życia. Często wpadacie w lęk, jeśli coś nie idzie tak, jak sobie zaplanowaliście. W napięcie wprowadzić Was może jakaś zmiana. Czujecie wtedy, że coś wymyka się z Waszych rąk, próbujecie temu zaradzić często przypisując sobie winę za ewentualne niepowodzenie.

Wobec dzieci trudno Wam przyjąć, że to nic złego, że mogą się mylić. Trudno z Wami tak zwyczajnie usiąść i podyskutować, bo macie tendencję do sztywnego trzymania się swojego zdania. Macie trudność z przyjęciem perspektywy innych, bywa, że na konkretne merytoryczne argumenty – nie mając żadnych kontrargumentów, które przeważyłyby rację na Waszą stronę – mówicie:

– Będzie tak, jak ja chcę. Bez dyskusji.

Dzieje się tak, bo sami, gdy byliście dziećmi słyszeliście podobne komunikaty, gdy próbowaliście do czegoś przekonać Waszych rodziców-perfekcjonistów. A każde odstępstwo od ustalonej (bez Waszego udziału) zasady, przepisu bądź reguły było traktowane jak atak.

Po co nam perfekcjonizm?

To często ochrona przed poczuciem bycia gorszym, niewystarczająco dobrym, przed brakiem pewności siebie. Bywa, że przykrywacie nim swój lęk dotyczący postrzegania Was przez innych. Uważacie, że powinniście być bez skazy, więc robicie wszystko, aby utrzymywać taki właśnie obraz siebie w oczach znajomych, przyjaciół czy koleżanek i kolegów.

Nie lubicie nowości, doświadczania innych, wcześniej nieznanych rzeczy, sytuacji. Możecie nie lubić próbować, bo wszystko to wiąże się z ryzykiem popełnienia błędu. Macie trudności w podjęciu decyzji, bo to również wzbudza w Was poczucie, że może się okazać, że wybierzecie źle…

Możecie reagować złością na tych, którzy zdobywają laury nie pracując – tak, jak Wy – po 12-15 godzin lub pracują zwyczajnie, nie angażując się tak bardzo, jak Wy. Którzy nie wkładają takiego samego wysiłku w pracę i zobowiązania. Możecie czuć urazę, złość i inne trudne emocje do osób, które są doceniani ot, tak, po prostu, jako ludzie. Być może w pracy, w której spalacie się każdego dnia czujecie się niedoceniani przez szefa, który nie widzi tak ostro Waszego zaangażowania, a jeszcze zdarza mu się Was krytykować. Krytykę odnosicie wtedy nie tylko do Waszej pracy, zleconych zadań, ale do Waszego człowieczeństwa, tego, jakimi jesteście ludźmi. Możecie nawet uważać, że szef – choć go nie lubicie – ma rację, z którą nie warto dyskutować…

Własnemu perfekcjonizmowi można jednak skutecznie stawić czoło. To jednak proces, który wymaga od Was otwartości na „nowe”, z czym, jak pisałem wyżej macie trudności. Warto jednak – wspólnie z psychologiem lub terapeutą – spróbować zbliżyć się do innego siebie. Autentycznego, szczerego, pozbawionego wysokich standardów. To, oczywiście, może budzić w Tobie lęk. Żyjąc jednak w poczuciu bycia wciąż „niewystarczającym” traci się życie na „gonienie króliczka”. A przecież jest jeszcze tyle rzeczy do odkrycia, tyle emocji do przeżycia.

Przed podjęciem decyzji o podjęciu terapii warto zadać sobie kilka pytań, które mogą pokazać Wam prawdziwego/ prawdziwą siebie, bez pancerza bycia nieskazitelnym:

  • Czy mam poczucie, że moje życie jest satysfakcjonujące?
  • Czy mam poczucie, że jestem doceniany w pracy, przez znajomych i przyjaciół?
  • Co świadczy o mojej wartości?
  • Czy cieszą mnie drobne rzeczy?
  • Jakie mam potrzeby?
  • Jakie emocje pojawiają się we mnie, gdy chcę odpocząć?
  • Co czuję, gdy ktoś zwraca mi uwagę na niedociągnięcia lub ma do mnie o coś pretensję?
  • Kiedy ostatnio miałem/miałam poczucie, że tracę kontrolę nad sytuacją?

Terapia to trudny, wymagający, często okupiony łzami proces. W gabinecie nie musicie być „doskonali”. W gabinecie nie musicie być „nieskazitelni”. Może warto zerwać maskę perfekcjonisty i pozwolić sobie na spontaniczność, odpuszczając sztywne wzorce? Jeśli nie spróbujecie – nie będziecie wiedzieć!

Zniekształcenia poznawcze

W dorosłym życiu te wszystkie przekonania podtrzymywane są przez tzw. zniekształcenia poznawcze, m.in. myślenie czarno-białe. O tym, czym są takie błędy w myśleniu, a także o tym, jak objawia się tego typu postrzeganie rzeczywistości możecie przeczytać w artykule:

O zjawisku perfekcjonizmu możecie przeczytać również w artykułach:

Image by tookapic from Pixabay

Jacek Wolszczak

Psycholog i pedagog. Pracuje z młodzieżą i dorosłymi.

„Błąd to mój wróg”, czyli perfekcjonizm w pełnej krasie
Ta strona korzysta z plików cookie. Korzystając z tej witryny, wyrażasz zgodę na naszą politykę prywatności.
Przeczytaj