Nadopiekuńczość to temat, który wraca jak bumerang na forach z poradami wychowawczymi. Wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy z tego, że właśnie tacy są – nadopiekuńczy: wyręczający dziecko w różnych aktywnościach, „chroniący” przed realnymi bądź bardziej wyobrażonymi niebezpieczeństwami. Zawsze w gotowości, zawsze z gaśnicą w ręku. I to niezależnie od tego, czy trzeba cokolwiek „gasić”. Zawsze mogący „przewidzieć” najbardziej przerażający dla dziecka scenariusz i w porę potrafiący odpowiednio zareagować.
Każdy rodzic przecież chce „dobrze” dla dziecka, chce mu zapewnić jak najlepszą opiekę, wsparcie. Skąd więc bierze się nieadekwatna troska lub przekonanie, że muszę za wszelką cenę sprawić, by moje dziecko uniknęło wszelkiego rodzaju trudności lub niepowodzeń?
Niektóre/niektórzy z Was wzrastali w rodzinach dysfunkcyjnych, w których dużą rolę odgrywał alkohol. Inni mieli zimną, niedostępną mamę lub tatę. Często Waszym udziałem są doświadczenia traumatyczne związane z najbliższymi. Nie wspominając o osobowości. Osobowość, którą potocznie nazywamy charakterem, to zespół w miarę stałych cech człowieka utrzymujących się w trakcie całego życia. Dlatego znając charakter danej osoby, możemy dość trafnie przewidzieć jej zachowanie w danej sytuacji — wówczas mówimy, że ktoś zachowuje się zgodnie ze znanym nam już wcześniej schematem. Nie ma więc możliwości, aby uznać, że nadopiekuńczość wiąże się z jednym, określonym czynnikiem. Ważne jednak, by mieć świadomość, co może mieć wpływ na taką a nie inną postawę rodzicielską.
Jakie powody mogą stać za tym, że niektórzy z Was, Drodzy Rodzice, mogą być nadopiekuńczy?
Trudny poród, „walka” o dziecko w sytuacji zagrożenia życia bądź zdrowia. Utrata dziecka.
To zupełnie naturalne, jeśli pojawiły się jakieś komplikacje po porodzie lub też Wasze dziecko jest „chorowite”, że możecie stać się rodzicami nadopiekuńczymi. Tak samo, jeśli macie za sobą traumę straty dziecka. Po prostu: Wasze życiowe doświadczenia podpowiadają Wam, że dziecko było zagrożone (ciąża) i w związku z tym macie w sobie przekonanie, że „lepiej dmuchać na zimne”, niż iść dalej przez życie z nastawieniem „będzie, co ma być”.
Nieobecni, niedostępni, izolujący się od Was rodzice.
Nieobecność rodziców/rodzica to puszczenie dziecka „wolno”: nie reagowanie na jego potrzeby, brak wyrażania miłości, np. przez czułość/przytulenie, postawa „rób, co chcesz, mnie to zbytnio nie obchodzi”. Brak bliskości i tego wszystkiego, po czym dziecko może poznać, że jest kochane i akceptowane. Będą to opiekunowie, które nie reagują na jego płacz, które w pierwszych latach życia jest jedynym dostępnym mu sposobem komunikacji.
Takie dzieci, gdy dorosną, opowiadają w gabinecie terapeuty o różnych trudnych doświadczeniach bez cienia smutku, żalu itd. Wszystko „puszcza” (pojawia się płacz, czasem rozpacz), gdy wspominają niby mało znaczącą sytuację, kiedy rodzice zamknęli je w pokoju, a one wystraszone zaczęły płakać. Niestety, rodzice w żaden sposób nie zareagowali, np. przychodząc do pokoju i tuląc je w ramionach. Dzieci były przez nich często ignorowane, „niezauważane”. Niezależnie od tego, ile czasu takie dzieci by płakały i tak nikt do nich by nie przyszedł. A przecież płacz, czasem krzyk dziecka to jasny komunikat:
- Potrzebuję ciebie! Gdzie jesteś?! Chcę twojej bliskości, miłości. Ratuj!
Dziecko, które nie dostaje odpowiedzi na smutek po jakimś czasie przestaje płakać…
Gdy takich lub podobnych sytuacji jest więcej, dziecko wzrasta w przekonaniu, że wyrażanie smutku przez płacz, radości przez uśmiech na nikim nie robi wrażenia, nie powoduje tego, czego ma prawo się spodziewać. Idzie przez życie z przekonaniem, że lepiej tłumić te wszystkie emocje w sobie, bo i tak, nie uzyska od nikogo pomocy przez ich wyrażanie.
Gdy dziewczynka „wychowywana” w ten sposób zostaje mamą, często ma przekonanie, że musi zrobić wszystko, by nie powtórzył się scenariusz, który był częścią jej życia. Stąd stara się chronić dziecko na wszelkie możliwe sposoby. Nie ma problemu, gdy robi to mając przed sobą oczywiste sytuacje zagrażające, ale dość dużo trudności powoduje przekonanie, że każda sytuacja jest potencjalnie groźna, więc swoje działania zabezpieczające stosuje również w bardzo wielu sytuacjach, które już takie nie są.
To trochę tak, jak byście miały/mieli przed sobą włącznik alarmowy, który nigdy nie gaśnie, niezależnie od tego, co się aktualnie dzieje. Jesteście zawsze w trybie gotowości do działania. To również bardzo częsty objaw Zespołu Stresu Pourazowego (PTSD): choć zagrożenie dawno minęło, Wy nadal „czuwacie”, bo Wasz mózg jest w trybie alarmowym.
Rodzice nadopiekuńczy.
Na drugim biegunie są rodzice, którzy wyręczali Was w różnych czynnościach. Gdy zapytać ich, dlaczego to robili, bez wahania odpowiedzą, że właśnie z troski i miłości. To ci rodzice, którzy starali się wpływać na to, z kim się kumplujecie, kogo lubicie, próbowali Was swatać i zbytnio nie przejmowali się Waszym zdaniem w bardzo wielu kwestiach. To rodzice ostrzegający: „nie rób tego, bo coś ci się stanie, nie puszczę cię tam, bo to niebezpieczne”. To również rodzice bardzo sztywni w swych postawach, z którymi trudno jest dyskutować, nawet gdy obiektywnie zasady, które stosują w domu są zbyt rygorystyczne. Nadopiekuńczość rodzicielska to nadmierna uczuciowa koncentracja na dziecku, która prowadzi do korygowania jego zachowań i zbyt bliskiego kontaktu z nim. To tak naprawdę nie opieka i troska, ale często silna potrzeba kontroli.
Nadopiekuńczy rodzic (statystycznie częściej jest to matka) już od najwcześniejszych lat życia dziecka stara się wyłapać i usunąć wszelkie niebezpieczeństwa jakie mogą czyhać na dziecko. Przez to zaczyna wyręczać swoje dziecko w wielu sytuacjach („nakarmię go, bo się obleje”, „niech nie biega, bo się spoci”, itp), a tym samym nie pozwala mu na samodzielność, spontaniczność czy na rozwijanie własnej decyzyjności, a w konsekwencji pewności siebie. Nadopiekuńcza matka z obawy przed zranieniem dziecka nie tłumaczy mu konsekwencji nieprzestrzegania ustalonych reguł, które wyjaśnione powinny być po to, żeby dziecko uczynić świadomym i odpowiedzialnym. W zamian za to reaguje pobłażliwie, zwalniając tym samym dziecko z jego obowiązków i odpowiedzialności za podejmowane przez nie decyzje. Próbuje ona często tłumaczyć zachowanie dziecka niedostateczną dojrzałością i twierdzi, że dziecko jeszcze będzie miało czas na wykonywanie powierzonych obowiązków.
Sprawa staje się jeszcze bardziej skomplikowana, jeśli dziecko choruje na depresję. Gdy mama wie, że doszło do próby samobójczej lub dziecko ma myśli samobójcze, dokonuje samookaleczeń, to naturalnym wydaje się chronienie za wszelką cenę, bo innego wyjścia zwyczajnie nie ma… To nie do końca tak. Bo czym innym jest schowanie leków i wydawanie je dziecku/nastolatkowi (i pilnowanie, by zażyło je w obecności dorosłego), a czym innym wyręczanie go w każdej możliwej sytuacji w obawie o to, że pogorszycie jego stan.
Tu widzę dużą pracę dla psychologów i terapeutów zajmujących się Waszymi dziećmi. To właśnie oni – ludzie z zewnątrz będą mieli więcej odwagi w tym, by zachęcać Waszych nastolatków do różnych działań. Oczywiście, stopniowo, powoli, ale jednak z każdym małym kroczkiem Wasz nastolatek będzie miał podwyższaną poprzeczkę. Terapeuta lub psycholog nie chce dla Was źle. On po prostu nie jest uwikłany w Wasze obawy czy lęki. Patrzy na Wasze dziecko z zupełnie innej perspektywy. Często można to zaobserwować przy samookaleczeniach. Dla rodzica to często dramat i obawa o to, że dziecko się zabije. Nie wspominając o Waszym cierpieniu i poczuciu winy, które zrzucacie tylko na swoje barki, czując za to, co się dzieje wyłącznie swoją odpowiedzialność. Tymczasem, to często nieprawda, że mogliście/mogłyście zauważyć coś wcześniej.
Nadodpowiedzialność.
Osoby nadodpowiedzialne to przede wszystkim takie, które już jako dzieci musiały zajmować się innymi. Mam tu na myśli rodzica, młodsze/starsze rodzeństwo. Szczególnie na nadodpowiedzialność narażone są osoby, które np. doświadczyły śmierci jednego z rodziców lub towarzyszyła im przewlekła choroba opiekuna, a nie miały z drugiej strony komunikatu:
- Musimy sobie jakoś poradzić, ale jesteś dzieckiem i nie musisz robić więcej, niż to potrzebne.
Komunikat był zgoła inny:
- Twoja pomoc jest niezbędna, sama/sam sobie z tym nie poradzę. Jeśli mi nie pomożesz wszystko runie. Chyba wiesz, co to oznacza?
Parentyfikacja.
To wszelkiego rodzaju sytuacje, w których dziecko "wskakuje" w rolę rodzica i skutecznie go zastępuje. Tymczasem nie ma do tego zasobów. Dostaje jednak aprobatę, „głaski” od tego, komu pomaga. To dzieci, które często piorą, gotują i zaspokajają potrzeby rodziców. Z boku można uznać, że są „samodzielne”, „zaradne”, ale czy 11-latek rzeczywiście wyręczając rodziców w tak wielu typowo „dorosłych” aktywnościach nieadekwatnie do wieku. I nie chodzi tu o zwykłą pomoc. To dzieci, które wypełniają rolę nie przeznaczoną dla nich. Parentyfikacja sprawia, że w dziecku/młodym dorosłym kiełkuje przekonanie, że same wszystko zrobią najlepiej. Stąd też... wyręcza teraz swoje dziecko/nastolatka we wszystkim.
Nadodpowiedzialność wiąże się również z życiem w rodzinie dysfunkcyjnej, np. tam, gdzie mamy do czynienia z ojcem lub matką alkoholikami/narkomanami. Dziecko nie ma wyjścia – musi się jakoś ratować, „ogarniać” cały dom. Potem, jako mama/ojciec ma (złudne) przekonanie, że panuje nad sytuacją, bo ją kontroluje. Nic bardziej mylnego.
Perfekcjonizm.
Wynika on z poprzednich punktów. Jeśli nie miałeś/miałaś poczucia akceptacji dla popełnianych błędów, za wszelką cenę będziesz się starać ich unikać, uważając, że nie masz prawa do błędu. Nie ma nic złego w staraniu się o to, by być jak najlepszym rodzicem. Problem zaczyna się, gdy nigdy tak do końca nie jesteś zadowolony/a z rezultatów podejmowanych przez siebie działań.
Nie ma "zdrowego" perfekcjonizmu.
Nie ma nic złego w dążeniu do doskonałości. Można starać się być coraz lepszy/lepsza. Prostym testem, czy mamy do czynienia z perfekcjonizmem jest zapytanie samego siebie:
- Jak się czuję, gdy coś mi nie wychodzi?
- Co oznacza dla mnie sukces?
- Czy po wykonanym zadaniu czuję satysfakcję czy może niedosyt i niezadowolenie z tego, że mogło być lepiej?
Gdy nie dajemy sobie „szansy” na potknięcia, wszelkie niedostatki traktujemy jako totalną katastrofę, mając też w pamięci reakcje swoich rodziców na to, że w podstawówce zamiast wyczekiwanej piątki dostałaś/dostałeś trójkę i to na szynach.
Warto, by różne aspekty swojego rodzicielstwa, w tym podejście do niebezpieczeństw potencjalnie czyhających na nasze dzieci przegadać z terapeutą. Często właśnie terapia własna daje nam nowe instrumenty do tego, by w zupełnie inny sposób komunikować się z własnym dzieckiem, dając mu jednocześnie przestrzeń do popełniania błędów, ale również pewność, że gdy przyjdzie o poradę w ważnym dla siebie temacie otrzyma realne, autentyczne wsparcie, a nie tylko nasze:
- A nie mówiłem/mówiłam…?!
Więcej o tym, skąd może wynikać chęć bycia rodzicem "idealnym", możecie przeczytać w artykułach:
Image by Military_Material from Pixabay