O lęku przed radością w chorobie dziecka

2024-03-03

Autor: Jacek Wolszczak

Wielu rodziców, których dzieci chorują na chorobę przewlekłą - nie tylko depresję - ma wyrzuty sumienia lub poczucie winy, gdy na jego/jej twarzy pojawi się uśmiech. W sytuacji, w której syn lub córka zmagają się z objawami choroby często blokujemy w sobie chęć odczuwania radości, którego uśmiech jest nieodłączną częścią. Często też zwyczajnie nie chcemy, nie potrafimy, nie umiemy się cieszyć, gdy nasz nastolatek jest w kiepskim stanie. Z drugiej strony, czytając różne rodzicielskie fora zwracam często uwagę na posty, w których mama lub tata piszą o tym, że ich radość z poprawy stanu chorego/chorej jest „taka mała, może głupia”, że cieszą się z rzeczy „totalnie maciupcich”, często niezrozumiałych dla otoczenia. Tak, otoczenie może dać w kość, bo powód uśmiechu jest błahy, można powiedzieć „nieistotny”. Bo z czego tu się śmiać lub cieszyć? To przecież nic wielkiego?!

Rodzice nastolatków chorujących, często hospitalizowanych, mają znacznie mniej powodów do radości, niż osoby, których choroba na co dzień nie dotyka. Czy jednak radość z faktu, że dziecko z depresją wyszło wreszcie z pokoju, na spacer, ukroiło sobie kromkę chleba na śniadanie waży mniej, niż ekscytacja i radosne poruszenie w sytuacji, gdy zdrowy nastolatek wygrywa olimpiadę z matematyki?

Nie ma lepszych i gorszych nastolatków.

Oni po prostu są. Z wątpliwościami, trudnościami, często buntem wobec świata, problemami z budowaniem satysfakcjonujących związków, z niezałatwionymi sprawami z rodzicami… Ale też z lękiem o przyszłość, z poczuciem niezrozumienia i odrzucenia, wrażeniem bycia „innym” lub gorszym. Choroba działa jak szkło powiększające: sprawy nieistotne robi wielce ważnymi, często niemożliwymi do załatwienia. Ludzi z otoczenia chorującego nastolatka (w tym jego/jej rodziców), którym często brakuje energii i cierpliwości zamienia w najgorszych wrogów, którym zależy, aby krzywdzić. Depresja dodatkowo zamyka, zakleszcza ich świat, który zwykle powinni eksplorować, doświadczać do czterech ścian pokoju, często zasłoniętego ciemnymi zasłonami… Problem polega na tym, że bardzo podobnie działa na rodziców, spychając ich własne aspiracje, plany i marzenia do codziennego, zwykłego życia. Zwykłego, czyli nie pozbawionego typowych kłopotów i kłopocików, ale wolnego od tej ch…. choroby!

Nie ma lepszej i gorszej radości.

Nie ma więc lepszego i gorszego powodu, aby się cieszyć. Radość nie musi być związana z czymś wielkim czy przełomowym. To okoliczności decydują o tym, czy radość w ogóle występuje. Owszem, jest ona nieco inna, gdy trudności się piętrzą niemiłosiernie, gdy jest w nas niepewność lub dotyka nas potworny lęk o to, co tam za zakrętem. Nie oznacza to jednak, że nie zasługujemy na chwilę wytchnienia. Nie oznacza to także, że odczuwana przez nas radość w jest obecna, a w innych nie ma prawa się pojawić. Bo radość to ten mały przebłysk słońca zaraz po burzy. Bo radość to też nasza zwykła potrzeba.

Często, sami będąc nastolatkami, byliśmy unieważniani, często nawet karani za naszą radość:

  • Z czego się cieszysz?
  • Nie ma w tym nic zabawnego?
  • To dla ciebie śmieszne?
  • Jesteś jakiś dziwny/dziwna.
  • Bądź wreszcie poważny/poważna!
  • W tym nie ma nic śmiesznego!


Często czując radość, np. z niewielkich postępów naszego dziecka w nauce, małych sukcesików niezwiązanych ze szkołą, powstrzymujemy się, cenzurujemy tę jakże naturalną reakcję. Dlaczego to sobie robimy? Być może podświadomie wracamy do tych wszystkich chwil, w których sami słyszeliśmy, że nasz śmiech jest niestosowny, nie pasuje, jest nieadekwatny, jest zły i świadczy o tym, że jesteśmy niedojrzali lub czegoś nie rozumiemy…

Rodzic uśmiechnięty w sytuacji choroby dziecka ma często poczucie winy i pewien rodzaj czekania na (naj)gorsze („Jak mogę się cieszyć, kiedy moje dziecko cierpi? Jak mogę się uśmiechać, gdy moje dziecko leży w szpitalu? Jak mogę się cieszyć, gdy w każdej chwili może mu się pogorszyć? Jak mogę się uśmiechać, gdy moje dziecko podjęło próbę samobójczą?!”).

Taka postawa może mieć co najmniej kilka powodów.

Oczekiwania społeczne.

Osoba w żałobie nie może się uśmiechać. Osoba, która ma problemy, nie powinna się cieszyć (bo nie ma z czego). Przekonania, które „sprzedają” nam inni – często, o zgrozo – również najbliżsi, to NIE JEST prawda objawiona! Ale zdaję sobie sprawę, że są one bardzo silne. Pracuję obecnie z panią, która wraca na powierzchnię zwyczajnego funkcjonowania po śmierci kochanego męża, z którym przeżyła ponad dwadzieścia lat. Mówi, że zarówno jej mama, jak również inni, są – w najlepszym wypadku – mocno zdziwieni, gdy „przyłapią” ją na lepszym samopoczuciu, uśmiechu, radości…

Może warto w takim przypadku przyjrzeć się temu, skąd w nas przekonanie, że musimy spełniać oczekiwania innych? Może warto zastanowić się, gdzie jest miejsce dla naszej autentyczności? Przybijanie się do krzyża za wszelką cenę zabija spontaniczność. Nie chodzi o to, by nie cierpieć, ale by dawać sobie przestrzeń na to, co dla nas i dla naszego dziecka użyteczne i potrzebne! A uśmiech jest potrzebny! Nie chodzi o rżenie jak koń przy wspólnym posiłku, ale danie Waszemu cierpiącemu dziecku szansę na zobaczenie normalności. Dzięki temu Wy również przyczyniacie się do jego zdrowienia. Nie obawiajcie się, że ono tego nie zrozumie. Nie myślcie, że Wasze dziecko wymaga – tak, jak wielu innych – abyście z miną cierpiętników spędzali 24h na dobę. Nie myślcie, że Wasze dziecko odmawia Wam prawa do tych okruszków radości, które gdzieś tam głęboko zakopaliście pod dywan w przygniatającej chorobie.

Wyimaginowane wymagania dziecka.

Gdy widzimy cierpiące dziecko często myślimy, że nasz uśmiech, radość jest nie na miejscu. Może nam się wydawać, że dziecko nie życzy sobie, abyśmy wyrażali radość, bo przecież sprawa jest poważna: ono ma czasem myśli samobójcze, choruje na depresję i w ogóle wszystko jest do dupy. Owszem, może mieć takie myśli, ale to raczej nie ono, a… choroba!
Nie obawiajcie się, że ono tego nie zrozumie. Nie myślcie, że Wasze dziecko wymaga – tak, jak wielu innych – abyście z miną cierpiętników spędzali 24h na dobę. Nie myślcie, że Wasze dziecko odmawia Wam prawa do tych okruszków radości, które gdzieś tam głęboko zakopaliście pod dywan w przygniatającej chorobie. Dziecko mające okazję do obserwowania (i przeżywania) umęczonego depresją rodzica nie ma okazji zobaczyć, że oprócz żalu, smutku, beznadziei są też inne odczucia i emocje: radość, satysfakcja, duma. To przecież też część życia… A Wy fizycznie pokazując uśmiech dajecie dziecku linę ratunkową: dzięki temu ono wie, że świat to nie tylko czarna chmura rozpaczy, dajecie sygnał, że jest też jasna strona, no i po cichu pokazujecie mu, że coś tam mu się nie zgadza w jego wizji spowodowanej przez chorobę.

Tłumienie uczuć.

Popatrzcie: jeśli mam kilkanaście lat, mam depresję, mam przekonanie, że jestem do kitu, wszystko jest do kitu, a do tego moja mama lub tata cały czas chodzą przy mnie przygaszeni, smutni, rozedrgani, niespokojni to przecież niejako „domykacie” mu/jej tę wizję smutku i beznadziei. Nie chodzi o to, żeby ukrywać swój smutek czy rozpacz – na dłuższą metę to niemożliwe i może powodować w Was jeszcze większą frustrację lub poczucie obowiązku, że po prostu nie możecie mu/jej tego pokazywać, bo „jeszcze gorzej będzie się czuło”. To nieprawda! Tłumienie smutku (i każdej innej emocji) nie sprawia, że ich nie ma. One się kumulują, by wybuchnąć. To te wszystkie momenty, w których nie chcecie pokazać (nie tylko dziecku), że cierpicie i przy zwykłej sytuacji np. wybuchacie płaczem i nie możecie przestać. Nie wiecie w ogóle dlaczego to się dzieje. Prawda jest taka, że te ukrywane, tłumione emocje wreszcie znajdują ujście. O wiele zdrowiej jest upuszczać je sobie na bieżąco. Dlatego płaczcie, smućcie się, ale też dostrzegajcie też te wszystkie drobne rzeczy, które cieszą, dają Wam ulgę i wytchnienie. Zapisujcie je sobie, nawet, jeśli uważacie, że to nic nie znaczy, że to takie małe, głupie i tak naprawdę nie ma się z czego cieszyć. To właśnie spowoduje, że przeglądając taki zeszycik Małych Radości zawsze możecie do niego wrócić i porównać swój stan z tym, co było np. miesiąc temu. Zwróćcie uwagę, że jest to niezależne od etapu choroby Waszego dziecka!

(Nie)akceptacja dla choroby

To bardzo ważny aspekt. Drodzy Rodzice, jesteście na wielu etapach choroby. Niektórzy mierzą się z nią kilka miesięcy, inni, często wypruci z sił przez codzienne zmagania, walczą od kilku lat. Każdy i każda z Was nieco inaczej postrzega swoją odpowiedzialność i „winę” lub przeoczenie pierwszych symptomów. Naturalne jest poszukiwanie wytłumaczenia, dlaczego to właśnie mojemu dziecku się to przydarzyło, dlaczego to właśnie mój nastolatek cierpi. Pewne rzeczy – niezależnie w jakim „miejscu” choroby się obecnie znajdujecie – są uniwersalne. Uczucia macie inne (często tłumicie je, nie chcąc pogorszyć stanu dziecka), ale przeżycia już bardzo podobne. To właśnie przeżycia i poczucie, że u Was jest podobnie sprawia, że czujecie się akceptowani np. w intenretowych grupach wsparcia dla rodziców. Pamiętajcie więc, że akceptacja to nie jest wcale zgoda na chorobę i poddanie się. To przyjęcie, że ona jest, nasze dziecko cierpi i uznanie tego za fakt. Trudno wyrażać radość lub – szerzej – optymizm, jeśli nie uznacie choroby za… chorobę.

To zbyt małe, „głupie”, „nieważne”.

Czytając posty o tych małych radościach często widzę, że nawet, jeśli odnotowujecie momenty dobre lub lepsze, od razu zastrzegacie, bojąc się, że „to dla innych głupotka, nic ważnego”. Wy jednak się cieszycie… I to jest OK! Każda i każdy z Was ma poczucie humoru. Niektórzy zarykiwują się przy dowcipach o blondynkach, inni wolą czarny humor, a jeszcze inni uwielbiają suchary z Familiady. Czy to, że nas to śmieszy jest… nieważne? Głupie? Nieistotne? Nie, to jest cholernie ważna rzecz, bo tworzy nam świat, daje ramy i wiedzę, co jest dla nas śmieszne, daje radość. Ta radość z drobnych kroczków niesamowicie pozytywnie wpływa na Was: widzicie, że i owszem – jest choroba i wszystkie jej konsekwencje – ale na chorobie życie się nie kończy. Nie chodzi jednak o to, aby bagatelizować objawy z uśmiechem na ustach, ale by samej/samemu sobie dawać większą paletę przeżyć. W ten sposób właśnie możecie być bardziej uważne/uważni na radość z drobnych rzeczy. Przecież podczas terapii właśnie jednym z dyżurnych tematów jest to, co robicie dla siebie (i jak to się dzieje, że tak mało), odkrywanie, co według Was jest egoizmem, z jakiego powodu dbanie o siebie przy chorobie dziecka uważacie za niestosowne, niewłaściwe. Na terapii często wypływają też skrywane tajemnice i to wcale nie dotyczące dziecka, ale np. tego, dlaczego reagujecie w określony sposób w konkretnych sytuacjach.

Wasze doświadczenia z przeszłości.

Samopoświęcenie to nie jest cecha typowej matki/ojca – serio! To często wynika z czegoś z przeszłości. Z sytuacji, które na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z tym, co teraz. Na przykład, gdy czujecie złość na dziecko lub niepokój to nie dziecko jest adresatem tych emocji, a… ktoś z przeszłości. Ktoś do kogo czujecie urazę, ktoś kto Was skrzywdził i „nie posprzątał”, często nie przeprosił i z dumą obnosił się z tym, co Wam zrobił. Ktoś, kto Was nie rozumiał, unieważniał Wasze emocje i reakcje na nie. Ktoś, kto zrobił dużo zła w Waszym nastoletnim/dziecięcym życiu i zasiał w Was wielkie ziarnisko niepewności, co do tego, ile jesteście warci jako ludzie…

Samopoświęcenie, rzucanie wszystkiego, bo dziecko jest najważniejsze, to nie tylko wybuch troski, serdeczności i ciepła… To również może być próba skupienia się na tym, kogo kochacie bezwarunkowo, mając z tyłu głowy, że np. w Waszym związku nie dzieje się zbyt dobrze. Mając z tyłu głowy, że nie zaakceptowaliście pewnych swoich wyborów, czujecie żal i smutek „na swój temat”, a choroba dziecka może być sytuacją, w której ryczycie nie tylko w temacie depresji dziecka, ale tych wszystkich błędnych decyzji, tych wszystkich, którzy Was rozczarowali, tych wszystkich, którzy Was nie rozumieli. Dzieje się to podświadomie. Stąd terapia jest najlepszym wyjściem na uzmysłowienie sobie, z czego wynikają Wasze reakcje i myśli na temat dziecka i na Wasz temat. Również na temat Waszej powinności względem innych członków rodziny (nie wszystko musicie czy powinniście, choć strasznie mocno możecie wierzyć, że tak trzeba).

O tym, z czego mogą wynikać Wasze przekonania na temat tego, co powinniście lub co musicie w czasie choroby dziecka, możecie przeczytać w artykule:

"Zniekształcenia poznawcze. Imperatywy".

Obraz autorstwa freepik

 

Jacek Wolszczak

Psycholog i pedagog. Pracuje z młodzieżą i dorosłymi.

O lęku przed radością w chorobie dziecka
Ta strona korzysta z plików cookie. Korzystając z tej witryny, wyrażasz zgodę na naszą politykę prywatności.
Przeczytaj