Często w internecie możecie przeczytać, że składnikiem szczęśliwego życia jest bycie "najlepszą wersją siebie". W reklamach często oglądamy "lepszą wersję" dobrze znanego produktu, w jednej z piosenek słyszymy kobiecy głos, który oznajmia (grozi?):
Znów się zepsułeś
I wiem co zrobię Zamienię Ciebie Na lepszy model
Zakamuflowany perfekcjonizm
"Najlepsza wersja siebie" to hasło dość modne, nośne, robiące karierę w świecie pop psychologii. Dla mnie jednak w wydźwięku raczej kojarzące się ze sportem, rywalizacją i wynikami, niż ze wsparciem i akceptacją dla siebie. Mające raczej konotacje z perfekcjonizmem, dążeniem do „zmiany”, ale bez busoli, która może wskazać „odpowiedni” kierunek. Tymczasem, zamiast gonitwy za swoją lepszą wersją, warto zderzyć się z tym, co tak naprawdę i konkretnie chcielibyśmy zmienić.
Czym innym jest bowiem zmiana konkretnego zachowania, które krzywdzi innych (np. agresji w zdrowe wyrażanie złości), a czym innym dążenie do tego, kim chcielibyśmy być w chwili obecnej (a nie jesteśmy) lub kim chcielibyśmy się stać w przyszłości (a nie potrafimy).
Czy jednak skupiając się na tym, jakimi nie jesteśmy, mamy choćby cień szansy na dostrzeżenie, skupienie się nad tym, jacy jesteśmy tu i teraz?
Ważne pytania
Nie ma nic złego w samorozwoju, rozmyślaniu nad tym, co zrobić, by było nam inaczej samemu/samej ze sobą. Pytania, które można sobie postawić zanim zaczniemy gonić swój własny ideał to:
- Czy zauważam na co dzień, że jesteśmy wystarczająco dobrzy tacy, jak teraz, w tej konkretnej chwili, etapie naszego życia?
- Czy wiem, czym jest ta „najlepszość”, do której chcemy się zbliżyć na różne sposoby? Co owo słówko dla mnie znaczy? Dla mnie, a nie dla innych.
- Co oznacza bycie „najlepszym” rodzicem?
- Co oznacza bycie „najlepszym” uczniem/synem/córką/żoną/mamą lub osobą w jakiejkolwiek innej roli?
No i czy rzeczywiście, człowieka – z jego niepowtarzalnością, złożonością – trzeba „naprawiać”, stwarzać inną jego „wersję”? Jakiż to mamy w sobie feler, który trzeba poddać "obróbce"?
Rodzice, często muszą odpowiadać na pytania pojawiające się w głowie:
Czy mój syn/córka nie zmarnuje potencjału? Czy doceni nasze zaangażowanie w jego rozwój? Czy to, co ja chcę jest także czymś, co pcha do przodu moje dziecko?
I to jest OK, lęk o przyszłość, która jest przecież niewiadomą, to naturalna sprawa dla kogoś, kto zastanawia się, jak to nasze życie się ułoży za tydzień, miesiąc czy pięć lat.
Dlatego warto na bieżąco pytać samego/samą siebie o to, dlaczego tak chcemy zapewnić dziecku np. dodatkowe korki z matmy/ zajęcia dodatkowe.
Czy chodzi o lepsze oceny? Może o lepszy rozwój? Szybsze opanowanie materiału? A może… (to myśl bardzo wstydliwa) o nasz spokój? Nasz komfort?
Zdrowy perfekcjonizm nie istnieje.
Bycie perfekcjonistą to nieustanna gonitwa za tym, by być doskonałym, nieskazitelnym, bezbłędnym. Niestety, nikt z nas nie może taki być, bo jesteśmy omylni, popełniamy większe lub mniejsze gafy, potykamy się, robimy często głupie rzeczy.
Za perfekcjonizmem stoją zbyt wygórowane, nierealistyczne standardy, które często dostajemy w spadku od… naszych rodziców.
Wygórowane, czyli nieadekwatne. Nierealistyczne, czyli niemożliwe do spełnienia. Znika więc z horyzontu tzw. radość życia, by ustąpić pola potrzebie kontroli (siebie i innych, w tym dzieci).
Bycie niewystarczająco dobrym/ dobrą napędza przekonanie, że wszystko nam się ułoży, ale tylko wtedy, gdy to sobie zaplanujemy, opracujemy, a równie często zapłacimy. Nic bardziej mylnego.
Nawet najlepszy pomysł może spalić na panewce, nawet najbardziej ambitne plany mogą się nie ziścić, bo tak naprawdę jest bardzo niewiele rzeczy, które możemy w naszym życiu przewidzieć.
Owszem, możemy być przekonanym, że nasze dziecko jest uzdolnione muzycznie i posłać go do szkoły, gdzie nauczy się grać na trąbce. Nie oznacza to jednak, że na pewno skończy jako wirtuoz w Filharmonii Narodowej. Owszem, możemy być przekonanym, że nasz nastolatek jest świetny z matematyki i robić wszystko, by z powodzeniem startował w olimpiadzie wojewódzkiej…
Ale, hola, hola?!
Czy ktoś zapytał nastolatka, czy w ogóle chce startować? Czy swoją przyszłość wiąże dokładnie z tym, o czym przekonani są jego/jej rodzice?
Rodzice często muszą mierzyć się z lękiem o to, co za rogiem. Z obawą wynikającą z nieprzewidywalności:
Czy mój syn/córka nie zmarnuje potencjału? Czy doceni nasze zaangażowanie w jego rozwój? Czy to, co ja chcę jest także czymś, co pcha do przodu moje dziecko?
Lęk o przyszłość
I to jest OK, lęk o przyszłość, która jest przecież niewiadomą, to naturalna sprawa dla kogoś, kto zastanawia się, jak to nasze życie się ułoży za tydzień, miesiąc czy pięć lat.
Dlatego warto na bieżąco pytać samego/samą siebie o to, dlaczego tak chcemy zapewnić dziecku np. dodatkowe korki z matmy/ zajęcia dodatkowe.
Czy chodzi o lepsze oceny? Może o lepszy rozwój? Szybsze opanowanie materiału? A może… (to myśl bardzo wstydliwa) o nasz spokój? Nasz komfort?
Pytajcie i nie bagatelizujcie tego, co słyszycie.
Zawsze, gdy rodzą się w nas wątpliwości warto pytać, sprawdzać u źródła. Nie ma nic bardziej serdecznego i akceptującego odrębność drugiej osoby (dziecka, nastolatka, partnera, partnerki), niż pytanie:
- Czujesz, że tego potrzebujesz?
- Wierzysz, że to Ci pomaga?
- Co mogę dla Ciebie zrobić?
Owszem, trzeba zadawać pytania, ale o wiele trudniejsze jest zaakceptowanie odpowiedzi, których często nie chcemy, bądź nie potrafimy przyjąć:
- Nie, dzięki, jestem przemęczony.
- Mam dość, wypisz mnie z tych zajęć.
- Chcę mieć więcej czasu dla siebie.
- Nie chcę tego.
Nie ma nic bardziej wspierającego, niż możliwość zapewnienia tego, co najlepsze naszym dzieciom. Pod warunkiem, że dzieci tego chcą, zależy im na tym, na czym i nam zależy.
Zachęta jest OK. Przymus, chęć spełniania swoich marzeń nie jest OK.
Co może pomóc?
W komunikacji z nastolatkiem warto być jak klient w nowo otwartym markecie. Niby wiemy jak wygląda sól, cukier czy chleb, ale zbytnio nie wiemy, gdzie co jest. Chodzimy między regałami, szukając tego, co nam w danej chwili najbardziej potrzebne. Mylą promocje, bo wymuszają kupno rzeczy, które nie są nam potrzebne. Może tymi promocjami są nasze wymagania stawiane dziecku/ nastolatkowi? Może właśnie w imię naszych wysokich standardów chcemy, żeby wszystko było na tip-top?
Urealniajcie swoje wymagania, dawajcie więcej przestrzeni na spontaniczność. Nie da się kontrolować wszystkiego.
To, co trzeba robić to… być. Być i chodząc między regałami słuchać obsługi.
Znacznie więcej o perfekcjoniźmie i jego możliwych konsekwencjach dotyczących Waszych postaw względem dzieci i innych, przeczytacie w artykułach:
"Błąd to mój wróg", czyli perfekcjonizm w pełnej krasie".
Photo by Greg Raines on Unsplash