„Pomogę ci”, czyli o skutkach parentyfikacji

2024-03-19

Autor: Jacek Wolszczak

Wyobraźcie sobie, że jesteście odpowiedzialni za to, by w domu panował spokój i harmonia, nikt nie podnosił na nikogo głosu (mama często prosi Was, byście „uspokoili” tatę). Macie poczucie, że jesteście już prawie dorośli, bo opiekujecie się młodszym rodzeństwem, gdy Waszych rodziców nie ma w domu, słuchacie zwierzeń mamy, która płacząc opowiada, że tata jej nie kocha, często też służycie radą, jak ma postąpić tata, gdy mama go rozmyślnie doprowadza do szewskiej pasji.

Gdyby nie wy, Wasza rodzina nie miałaby śniadania (wychodzicie do sklepu, by kupić niezbędne produkty do wspólnego posiłku, bo rodzice „nie mogą”). Często słyszycie, że dzięki temu, co „robicie dla domu” jesteście wspaniali i nikt nie jest w stanie Was zastąpić.

Macie na przykład 14 lat i po prostu wiecie, że to prawda, a opisane wyżej sytuacje są w Waszym życiu od zawsze. Jeśli odnajdujecie się w powyższym opisie i nie musicie sobie niczego wyobrażać, bo to było Wasze życie, gdy byliście dziećmi, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że jesteście ofiarami parentyfikacji. Szeregu zdarzeń, które pozbawiły Was dzieciństwa, sprawiły, że musieliście stać się dorośli mając naście lat.

Konsekwencje parentyfikacji w dorosłym życiu.

Dziecko, które tak bardzo „zlało się” z oczekiwaniami i zadaniami stawianymi przed dorosłymi będzie miało poważne problemy z wchodzeniem w relacje miłosne, przyjacielskie i partnerskie. Jeśli okres, który powinien kojarzyć się dziecku z zabawą, eksploracją, nauką, spontanicznością wypełniony był poświęceniem się dla innych, tak też będzie wyglądało jego dorosłe życie.

Pomocnik.

Zacznie się już na progu dorosłości, gdy będzie pełnoletnie. Zacznie obawiać się tego, co go czeka, lękać się o przyszłość i możliwe scenariusze, z których najbliższe i najbardziej realne to te najczarniejsze. Może nie wyobrażać sobie życia poza rodziną, może nie chcieć wchodzić w jakiekolwiek związki uważając, że w ten sposób zdradzi rodzinę, a przede wszystkim nie będzie w stanie pomagać jej tak, jak do tej pory. Będzie czuć poczucie winy, bo dojdzie do wniosku, że nie oczekuje od życia zbyt wiele. Z wielką niechęcią może podchodzić do pomysłu założenia własnej rodziny.

Parentyfikowane dziecko, jako dorosły człowiek będzie miało tendencję do wiązania się z osobami potrzebującymi wsparcia, troski i opieki. Przy niemal całkowitym zaprzeczeniu swoim potrzebom, również tym emocjonalnym. To samo dziecko w ciele dojrzałej kobiety lub mężczyzny, będzie brało za partnera/kę odpowiedzialność, podejmowało decyzje jednoosobowo, bo jest święcie przekonane, że tak „trzeba, że tak będzie „lepiej”. Lub też coś zupełnie odwrotnego: uzależnianie decyzji od potrzeb innych. Obie skrajności są równie prawdopodobne. Będzie unikało za wszelką cenę kłótni. Podporządkowując się jedynie potrzebom partenra/rki będzie troszczyć się, zabiegać, by w związku nic nie brakowało, by on nadal trwał, by przetrwał za wszelką cenę. Będzie – gorzko trawestując zdanie z pewnej znanej, polskiej komedii – kelnerem na bankiecie życia parnera/ki.

Wojownik.

Może też -  być dorosłym, który podchodzi do wszystkiego w sposób roszczeniowy – uważa, że niezależnie od potrzeb innych, to jemu/jej należy się najwięcej, teraz, zaraz, bez czekania. Nic dziwnego, ponieważ zaspokaja w ten sposób palące pragnienia, które nie miały szansy na realizację znacznie wcześniej: wtedy, gdy był/była zależny/a od rodziców.

Będzie miał/a duże problemy z zauważeniem przemocy (fizycznej i psychicznej) stosowanej przez partnera/kę, bo często był to dla niej/niego chleb powszedni i trudno teraz uznać, czy właściwie to była przemoc, bo na wszystko można znaleźć usprawiedliwienie ("należało mi się", "to moja wina"). Będzie podważał/a w dalszym ciągu swoje prawo do własnego zdania, bo inny/inna jest ważniejszy i bardziej zasługuje na zrozumienie, pomoc, wsparcie, współczucie, niż on/ona sam/sama.

Możliwe, że będąc dorosłym człowiekiem, będzie „ślepy/a” na opinie innych, którzy coś tam będą przebąkiwać, że to chyba nie tak powinno wyglądać. Będzie nieufna/y w stosunku do innych, czasem nawet wrogo nastawieni do tych, którzy mają inne zdanie i jasno wyrażają bunt, sprzeciw lub chcą jedynie wysłuchania swoich racji. Trudno mu/jej będzie zaufać, do tego ma tendencje do strzeżenia tajemnic i sekretów, które stanowiły rzeczywistość jego/jej dzieciństwa. W związku z tym, raczej nie będzie o nim opowiadać, a jeśli już, to będzie nadal utrzymywać, że jego rodzice to wspaniali ludzie, do których nie można mieć jakiejkolwiek pretensji, bo mieli ciężko i ktoś musiał robić za nich „pewne rzeczy”. Będzie zawsze na wyciągnięcie ręki rodziców. Którym zawsze będzie chciał/chciała pomóc, bo "tak trzeba", bo "im się należy". I to bez cienia sprzeciwu. Tak, bo tak. Nawet za cenę relacji z partnerem/partnerką.

Zazdrość rodzica.

Często głównym bohaterem filmu pod tytułem „Moja pierwsza miłość” będzie… zazdrosna matka i/lub ojciec, którzy poczują się zagrożeni, uznając, że ich dziecko nie będzie chciało spełniać swojej dotychczasowej roli. Będą mocno krytykować sympatię, koleżankę, kolegów, ale też wybrankę/wybranka serca, uznając autorytarnie, że to „nie jest towarzystwo dla ciebie”. Będą chcieli zatrzymać, stłamsić, powstrzymać przed nową znajomością, bo dobrze wiedzą, o jak wysoką stawkę toczy się gra - mogą bardzo dużo stracić, zwłaszcza dotychczasową troskę i opiekę swojego (dorosłego już) dziecka. Uwaga i prawie całkowite skupienie się na potrzebach rodziców to przywilej, z którym trudno się ot, tak, rozstawać...

Dlaczego to tak wygląda?

Przez schemat działania, który funkcjonował w domu, to dziecko w skórze dorosłego, odczuwa silny lęk przed oceną, rozczarowaniem, odrzuceniem. Nawet, jeśli jego/jej związek się rozpadnie, to nadal będzie poszukiwać podobnych partnerów. Bo tylko w takiej relacji czuje się „najlepiej”, bo tylko ten typ relacji z drugim człowiekiem zna i umie się po nim "poruszać". To pozwala „przewidywać” rozwój wypadków, „gasić pożary” i to w zarodku, mieć złudne poczucie kontroli nad tym, co tak naprawdę nieprzewidywalne i nieobliczalne.

Aby uniknąć takiego scenariusza warto uzmysłowić sobie, że zjawisko parentyfikacji istnieje i ma bardzo niekorzystne skutki, ale nie teraz, nie już, a za kilkanaście lat, gdy przyjdzie czas dorosłości. Świadomość tego, że parentyfikuję swoje dziecko może pomóc przerwać splot niekorzystnych mechanizmów, które po latach dręczą, wbijając w poczucie odpowiedzialności, winy i dalszego tłumienia swoich rzeczywistych potrzeb i emocji.

Objawy.

Tłumienie emocji, bycie w ciągłej gotowości do akcji ratunkowej, może powodować:

  • nagłe wybuchy złości,
  • dążenie do uzyskania aprobaty ze strony innych,
  • niskie poczucie własnej wartości i samoocena,
  • lęk przed bliskością i oceną,
  • poczucie osamotnienia i niezrozumienia,
  • trudności w regulacji emocji (nieumiejętność ich rozpoznawania i nazywania),
  • chroniczny niepokój i napięcie,
  • zaburzenia psychosomatyczne (wrzody, alergie, astmę),
  • zaburzenia nastroju (depresję),
  • zachowania autodestrukcyjne i myśli samobójcze.

Jeśli czujesz, że problem parentyfikacji lub model Twojego związku pasuje do opisanych powyżej, spróbuj podzielić się tym z psychologiem lub terapeutą. Oni są w stanie pomóc. Uleczyć to, co nieprzepracowane i nieuświadomione. Zrozumieć mechanizmy. Pomóc zaakceptować przeszłość, byś z inną energią wchodził/a dalej, w dorosłe, satysfakcjonujące i szczęśliwe życie.

Trzymam za Ciebie kciuki!

Więcej o tym, jakie mechanizmy wpływają na proces parentyfikacji, przeczytacie w artykule:

"Parentyfikacja, czyli dziecko w roli dorosłego".

Obraz autorstwa master1305 na Freepik

 

 

Jacek Wolszczak

Psycholog i pedagog. Pracuje z młodzieżą i dorosłymi.

„Pomogę ci”, czyli o skutkach parentyfikacji
Ta strona korzysta z plików cookie. Korzystając z tej witryny, wyrażasz zgodę na naszą politykę prywatności.
Przeczytaj